Ta kondycja – to całkowite oddanie kontroli, ta radykalna bezsilność – jest w swej istocie doświadczeniem głęboko biblijnym. I nigdzie indziej w kinie nie dostrzegłem jej tak wyraźnie, jak podczas napisów końcowych „Lotu" Roberta Zemeckisa.
Oglądam ten film drugi raz. Za pierwszym razem widziałem po prostu historię o alkoholiku. Pierwsze sceny krzyczą wręcz dumą z tego stylu życia – naga stewardesa, telefon od byłej żony, kłótnia o pieniądze i kreska kokainy, żeby w ogóle wstać na nogi. Whip Whitaker (grany przez Denzela Washingtona) czuje się królem świata, absolutnym władcą swojego losu. Za drugim razem – widzę coś zupełnie innego. I nie potrafię jeszcze powiedzieć co.
Wiem tylko, że coś tu nie gra.
Manewr, który nie istnieje
Samolot traci sterowność. Spada. Whip – pijany, naćpany, po nieprzespanej nocy – chwyta za stery i odwraca maszynę do góry nogami. Samolot leci na plecach. Pasażerowie krzyczą. Modlą się. Panika. A Whip – spokojny jak chirurg, działający jak idealnie zaprogramowana maszyna tłumiąca emocje prowadzi samolot do lądowania na polu, które akurat znalazło się pod kadłubem. Przez chwilę jego narkotyczno-alkoholowy stan jest ich jedyną szansą, by przeżyć. I udaje się. Dziewięćdziesiąt sześć osób. Tylu uratował? Sześć ginie.
Piękna scena. Trzyma za gardło. Ale jest jeden problem.
Ten manewr jest niewykonalny.
Nie w sensie „bardzo trudny". Nie w sensie „tylko najlepszy pilot by to zrobił". Niewykonalny fizycznie. W symulatorze – ta sama sekwencja – żaden pilot nie powtórzył tego, co zrobił Whip. Film nam to mówi wprost. W scenie przesłuchania puszczają nagrania z symulatorów. Za każdym razem – katastrofa. Za każdym razem – wszyscy giną.
Zemeckis zostawia nam tę informację na środku stołu. Cała reszta filmu kręci się wokół pytania, czy Whip był pijany. Ale ja nie mogę przestać myśleć o tym symulatorze. Bo jeśli ten manewr jest niewykonalny, to co właściwie się stało w tym kokpicie?
Albo reżyser się ośmieszył. Albo nakręcił film o cudzie.
Chrzest z nieba
Zanim samolot uderza w ziemię, kosi wieżę kościoła. Na dole – w tym samym momencie – ludzie przyjmują chrzest. Zielonoświątkowcy wchodzą do wody, wyznają wiarę, zanurzają się. I wtedy z nieba spada maszyna pełna ludzi. Chwilę później to właśnie ci ludzie w białych szatach wyciągają rannych z wraku. Widzimy „anielskie ujęcia" dokonanego cudu. Zemeckis nie jest subtelny. I dobrze.
Bo co właściwie robi chrzest? Zanurza w śmierci, żeby wynurzyć do życia. Grzebie starego człowieka, wzywa nowego. Ludzie na ziemi wchodzą w wodę świadomie. Whip wbija się w ziemię bez pytania. Ale obie sceny opowiadają o tym samym – że żeby żyć, trzeba przejść przez coś, co wygląda jak śmierć.
Tyle że Whip tej swojej pierwszej śmierci nie rozumie. On myśli, że uratował samolot. On jest przekonany – absolutnie, fundamentalnie, do kości – że to ON. Że jego ręce, jego refleks, jego niezrównany talent pilotażowy. Przez dwie godziny filmu będzie się za tym rachunkiem chować.
Trzy zmagania na klatce schodowej
Jest scena, która mną wstrząsnęła. Nie ta z kokpitu. Nie ta z sądu. Szpitalna burza zapędza na klatkę schodową trzy osoby, które przyszły tu zapalić.
Whip, jeszcze cały w bandażach. Nicole – heroinistka, która właśnie prawie umarła od przedawkowania. I pacjent onkologiczny. Trzy osoby między piętrami. Między wejściem a wyjściem. Między życiem a śmiercią.
Pacjent przygląda się Whipowi. Rozpoznaje w nim pilota z katastrofy i rzuca z szelmowskim uśmiechem:
– „Wyszedł pan z tego cało, a w zasadzie odkuśtykał".
To brzmi jak komentarz kogoś, kto właśnie z loży szyderców oglądał zmaganie człowieka z Bogiem. Kiedy Nicole pyta o jego raka, mężczyzna odpowiada krótko: „Bardzo rzadki. Bóg mnie wybrał".
Wtedy Denzel zadaje pytanie: „Wierzy pan?". A pacjent patrzy w górę i wygłasza monolog, który wywraca cały świat Whipa (i nasz) do góry nogami:
„Tylko głupiec nie wierzy w Boga. Jak już zrozumiesz, że wszystko zależy od Niego, możesz wyluzować. Staramy się panować nad naszym życiem, ale to niemożliwe. Samolot spada – nic nie możesz. Zapadasz na raka – to samo. Jasne, że Bóg zesłał na mnie to choróbsko, ale nie zrobiłby tego, gdybym Go poprosił. Tak samo jak na moje błagania nie zwraca mi zdrowia. (...) Ludzie myślą, że skoro jestem blisko drugiej strony, to posiadłem jakąś mądrość. Śmierć pozwala spojrzeć na życie z szerszej perspektywy. Teraz każdy poranek jest piękny i za każdy jestem wdzięczny. Szkoda, że nie mogę butelkować miłości."
To już nie jest budowanie narracji. To nie jest szukanie winnego ani patrona. On w jakimś sensie jest już wolny. Nie zajmuje go doczesność, po prostu rozdaje paczkę papierosów na oddziale.
Kiedy pacjent onkologiczny wychodzi, zostają we dwoje. Nicole wyznaje Whipowi: „Poczułam się tak, jakbyśmy byli ostatnimi ludźmi na tej planecie". Ona jest w środku przejścia. Zaczyna rozumieć pierwszy krok AA (anonimowi alkoholicy): przyznanie się do bezsilności. Dopiero uczy się oddawać kierownicę.
A Whip? Whip dalej trzyma wolant. Przekonany, że wygrał. W rzeczywistości nadal spada, tylko bardzo wolno. Jego katastrofa jest w toku. Każde z tej trójki, sięgając po papierosa demonstruje dokładnie to, czemu zaprzecza, że nie ma władzy nad sobą. Whip przypisuje sobie wszystko. Nicole uczy się, że nic nie znaczy. Pacjenta już dawno to nie zajmuje.
Izrael
Jakub w Peniel. Całą noc mocuje się z kimś, kogo tekst Biblii nie nazywa wprost. Nie wygrywa. Ale nie puszcza. O świcie tamten dotyka jego stawu biodrowego. Jakub zostaje okulawiony. I dopiero wtedy dostaje błogosławieństwo. I nowe imię – Izrael. „Ten, który zmaga się z Bogiem."
To tu wracają słowa pacjenta z klatki: „odkuśtykał". Whip kuleje przez cały film. Dosłownie. Kontuzja z wypadku, blizna na głowie. Z walki z Bogiem nie wychodzi się bez śladu. I tak jak Jakub – Whip nie zostaje nawrócony przez żaden moment objawienia. Jego się uderza w biodro. Rozwala mu się kariera, małżeństwo, wątroba, wolność. I dopiero gdy wszystko siadło – w więzieniu mówi synowi „I'm free".
I trójka na klatce schodowej? To są trzy zmagania. Trzech Izraelitów. Rozpoznaję w nich siebie. Whipa – w swojej pysze. W Nicole – w swoich prawie-upadkach. W pacjencie – w tej cichej wiedzy, że to wszystko przemija, a ja chociaż sobie zapalę.
Bóg, którego nie chcemy
Bóg w tym filmie nie jest Bogiem pocieszenia. Posyła jako narzędzie cudu alkoholika, kokainistę, kłamcę. Zabija sześć osób – w tym stewardesę, z którą Whip spał – żeby uratować dziewięćdziesiąt sześć pozostałych. Co zresztą zauważa uratowany cudownym manewrem drugi pilot, wybudzony ze śpiączki:
„Maszyna była skazana na zagładę, jak tylko zasiadł pan w kokpicie. (...) Ta katastrofa była naszym przeznaczeniem. W Królestwie Bożym nic nie dzieje się przez przypadek. Jest tylko jeden Sędzia".
To nie jest Bóg terapeutyczny. To Bóg Księgi Hioba. Ten, który nie wyjaśnia, tylko odpowiada pytaniem z wichru. "Gdzie byłeś kiedy tworzyłem świat?" Mojżesz chce zobaczyć twarz Boga – dostaje odmowę i plecy. Bóg Starego Testamentu oczekuje posłuszeństwa, nie zrozumienia. Zrozumienie by Go zrównało z człowiekiem.
A Whip przez cały film próbuje z Nim negocjować. Szuka struktury, w której zachowa autorstwo. Kłamie, zwodzi, pije. Aż dochodzi do pokoju hotelowego przed zeznaniem. Stukającę przez przeciąg drzwi wiodą go do sąsiedniego pokoju. Pełen barek. Wtedy, kiedy Bóg już zupełnie odbiera mu kontrolę, a rano diler znów musi wskrzeszać go heroiną, przychodzi kapitulacja na sali sądowej:
„Ja wypiłem tę wódkę. Jestem pijany, bo jestem alkoholikiem."
Sześciu, o których Bóg milczy
I tu jest prawdziwy skandal tego filmu. Katerina (Trina) była dokładnie jak Whip. Alkoholiczka, kochanka, z tymi samymi demonami. A jednak – ona zginęła ratując chłopca, a on się uratował.
Dlaczego?
Bo tak. Starotestamentowy Bóg nie prowadzi rachunków moralnych. Dzieli na wybranych i nie-wybranych. Błogosławieństwo nie uczyniło Jakuba lepszym, uczyniło go naznaczonym. Łaska w tym filmie nie jest sprawiedliwa. Jest pierwszym przykazaniem bezsensu.
Bicz
Whip. Po angielsku – bicz. Narzędzie kary. Narzędzie do poganiania. Nie podmiot – przedmiot. Myślimy, że Whip jest pilotem swojego życia, a jego imię od początku mówi: nie, ktoś cię dzierży w dłoni. Jezus w świątyni robi sobie bicz ze sznurów. Bóg posługuje się narodami jak biczem. Bicz nie musi wiedzieć, czyją ręką jest trzymany. Whip Whitaker jest biczem Bożym w sensie starotestamentowym. Narzędziem łaski i kary jednocześnie. Uratował tych ludzi. Zabił tych ludzi. Siebie samego dopiero teraz zaczyna zabijać i dopiero teraz zaczyna zbawiać. I przez cały film myśli, że to on smaga.
Odwrócenie
Samolot leci do góry nogami, żeby w ogóle lecieć dalej. Whip musi zostać odwrócony – z wybawcy w winowajcę, z wolnego w uwięzionego – żeby dalej móc „lecieć".
Tytuł? „Flight" znaczy też ucieczkę. Whip uciekał. Aż do sceny w sądzie, w której uderza w grunt. Odbierają mu licencję. Pakują do więzienia. I dopiero tam uczy się, tego co pacjent z klatki schodowej zrozumiał już dawno: nie przejmować się za dużo swoją rolą. Przestał kłamać. Został odwrócony.
Medium
Pytanie, na które nie odpowiem, bo film nie odpowiada, i w tym jest jego mądrość. Whip w więzieniu nie stał się gorliwie wierzący. Nie klęka. Nie cytuje Pisma. Nie nawraca współwięźniów. On po prostu spokorniał. Przestał udawać, że steruje. Przestał kłamać. Może gdzieś na dnie – sam przed sobą, w ciszy celi – czuje, że ten upadek nie był przypadkowy. Że coś go prowadziło przez to wszystko. Że jego rozbicie miało jakiś kształt, którego sam sobie nie narysował.
Ale tego nie powie. I nie musi.
Ateista zobaczy w tym historię człowieka, który w końcu się złamał i przestał uciekać. Trzeźwiejący alkoholik, który zaakceptował swoją bezsilność. Mechanizm psychologiczny – piękny, ludzki, wystarczający. Żaden Bóg nie jest potrzebny do tej interpretacji.
A osoba wierząca zobaczy dokładnie to samo i powie: właśnie. Posłuszeństwo nie wymaga zrozumienia. Bóg nie potrzebuje, żeby Whip w Niego wierzył. Potrzebuje, żeby Whip przestał wierzyć w siebie. A reszta – reszta jest już sprawą Boga, nie Whipa.
I obie te optyki są jednocześnie prawdziwe. I żadna nie wygrywa.
Czy leci z nami pilot?
Napisałem esej o Bogu. I nie jestem pewien, czy w Niego wierzę.
Ale Bogu ze Starego Testamentu jest to najwyraźniej obojętne. Jakub nie musiał wierzyć, żeby zostać dotkniętym w biodro. Cyrus nie musiał wierzyć, żeby być pomazańcem. I ja nie muszę wierzyć, żeby ten tekst mną wstrząsnął – żeby film, który obejrzałem drugi raz, zostawił mnie z pytaniem, na które nie mam odpowiedzi.
Może jestem tylko środkiem do Jego celu. Tak środkiem. Moralność jest dla ludzi. Może ten esej nie jest mój – jest czyimś biczem, który przez przypadek trafił w moje ręce. I tak jak Whip myśli, że uratował samolot – ja myślę, że napisałem ten tekst. A Bóg – jeśli jest – ma to gdzieś, co ja sobie myślę. I tak mnie doświadczył. I zrobi to ponownie, jeśli zechce.
Na sam koniec filmu więzienie odwiedza syn Whipa. Chce napisać esej o najciekawszym człowieku, jakiego nigdy nie poznał. Włącza dyktafon i pyta:
– „Kim jesteś?"
Whip uśmiecha się lekko:
– „Dobre pytanie".
PS.
Każdy ma swoje Peniel. Jestem tatą córki z niepełnosprawnością. Zmagam się z Bogiem. Doświadcza mnie i każdego dnia moje poczucie sprawczości w życiu obmywa mi nogi niczym fala na plaży. Startuję i ląduję. Ktoś inny jest alkoholikiem. Ktoś pracoholikiem. Nie oceniam i nie sądzę. Ale kondycja zmagania się z losem – to rozerwanie pomiędzy byciem przedmiotem a podmiotem zdarzeń – jest uniwersalna. Już tysiące lat temu ktoś to dostrzegł.
A może został dostrzeżony. Błogosławiony.